2011-12-01 23:41:06 michal dwojewski
...poznalem w pubie kiedys w szczecinie pana, wiek ok 50 lat(bylo to ok 12-13 lat temu) ktorego ojcem byl niemiecki oficer( po blizszym poznaniu bylem u tego pana w domu i widzialem na wlasne oczy dokumenty,medale zdjecia,mapy frontowe i rozkazy po jego ojcu...wstrzasajace to wszystko bylo a czlowiek przemily. jego ojciec zmarl w niemczech w latach 80-tych i zostal pochowany w mundurze i ze wszystkimi honorami jako niemiecki oficer. nie znam dokladnych danych tego pana, wiem , ze pracowal w szczecinskim przedsiebiorstwie ''strefa platnego parkowania'' pozdrawiam michal dwojewski
...poznalem w pubie kiedys w szczecinie pana, wiek ok 50 lat(bylo to ok 12-13 lat temu) ktorego ojcem byl niemiecki oficer( po blizszym poznaniu bylem u tego pana w domu i widzialem na wlasne oczy dokumenty,medale zdjecia,mapy frontowe i rozkazy po jego ojcu...wstrzasajace to wszystko bylo a czlowiek przemily. jego ojciec zmarl w niemczech w latach 80-tych i zostal pochowany w mundurze i ze wszystkimi honorami jako niemiecki oficer. nie znam dokladnych danych tego pana, wiem , ze pracowal w szczecinskim przedsiebiorstwie ''strefa platnego parkowania'' pozdrawiam michal dwojewski
2011-04-04 00:22:48 wall
jestem z kociewia.moj ojciec i jego5 braci tez byli wcieleni do wermachtu.z tym ze moj ojciec 23 maja 1944roku w dniu swoich 18 urodzin musial wyruszyc na front zachodni.ten film opowiada historie mojej rodziny.do dzisiaj mowia na mie niemiec.
jestem z kociewia.moj ojciec i jego5 braci tez byli wcieleni do wermachtu.z tym ze moj ojciec 23 maja 1944roku w dniu swoich 18 urodzin musial wyruszyc na front zachodni.ten film opowiada historie mojej rodziny.do dzisiaj mowia na mie niemiec.
2011-03-28 21:13:03 internautkaa
tez chetnie obejrze ten film moj dziadek rownierz zostal przymusowo wciel;ony do wermachtu i mimo tego moja babcia na koniec wojny o maly wlos niewyladowala w oswiecimiu bo niechciala isc do bracy w fabryce amunicji i nieliczylo sie ze maz walczy takie byly casy i niech mlodzi zapoznaja sie z prawdziwa historia przed osadzaniem innych
tez chetnie obejrze ten film moj dziadek rownierz zostal przymusowo wciel;ony do wermachtu i mimo tego moja babcia na koniec wojny o maly wlos niewyladowala w oswiecimiu bo niechciala isc do bracy w fabryce amunicji i nieliczylo sie ze maz walczy takie byly casy i niech mlodzi zapoznaja sie z prawdziwa historia przed osadzaniem innych
2010-10-20 18:51:58 Remigiusz
Z utęsknieniem oczekuję na pojawienie się tej pozycji filmowej na płytach.
Z utęsknieniem oczekuję na pojawienie się tej pozycji filmowej na płytach.
2010-09-15 18:53:26 PISF
http://www.pisf.pl/pl/kinematografia/news/rozmowa-z-mariuszem-malinowskim
http://www.pisf.pl/pl/kinematografia/news/rozmowa-z-mariuszem-malinowskim
2010-09-15 18:52:43 TOK FM
http://www.tok.fm/TOKFM/0,89531.html
http://www.tok.fm/TOKFM/0,89531.html
2010-09-15 18:52:13 TVN
http://www.tvn24.pl/0,1672459,0,1,dzieci-wehrmachtu-wyboru-nie-bylo,polska_i_swiat.html
http://www.tvn24.pl/0,1672459,0,1,dzieci-wehrmachtu-wyboru-nie-bylo,polska_i_swiat.html
2010-09-04 17:27:57 Michal
mAŁO KTO CHCIAL Isc do wojska w tamtych czasach. Nie mieszajcie slazakow polskich z niemieckimi. bojszowy to najbardziej propolska miejscowosc na gornym slasku. moj dziadek tez nie chcial isc, wcielili go sila. mieszkal w takim a nie innym panstwie i na ochotnika na pewno nie przebijalby sie do wojska polskiego.
zreszta alojzy lysko jest glosnym slazakiem propolskim, negujacym przywiazanie innych slazakow do niemec. tragedii nie da sie zaprzeczyc, ale niec nie wypowiada sie w imieniu wszystkich slązaków.
mAŁO KTO CHCIAL Isc do wojska w tamtych czasach. Nie mieszajcie slazakow polskich z niemieckimi. bojszowy to najbardziej propolska miejscowosc na gornym slasku. moj dziadek tez nie chcial isc, wcielili go sila. mieszkal w takim a nie innym panstwie i na ochotnika na pewno nie przebijalby sie do wojska polskiego.
zreszta alojzy lysko jest glosnym slazakiem propolskim, negujacym przywiazanie innych slazakow do niemec. tragedii nie da sie zaprzeczyc, ale niec nie wypowiada sie w imieniu wszystkich slązaków.
2010-09-02 09:36:20 krzysztof
pochodzę z pomorza jestem kociewiakiem.
wybieram się na projekcję tego filmu bo poniekąd to także historia mojej rodziny.
mojego ojca powołano do wehrmachtu w 1944 w wieku 16 lat.
walczył froncie zachodnim. trafił do obozu jenieckiego w rimagen.
po powrocie z niewoli został powołany do l.w.p. i skierowany do kopalni węgla kamiennego na 3 lata.
po latach o wojnie mówił niewiele.
trzeba mówić i pisać o pokrętnych losach polaków by prawda nie zagineła.
szacunek dla pana alojzego lysko i autorów filmu
pochodzę z pomorza jestem kociewiakiem.
wybieram się na projekcję tego filmu bo poniekąd to także historia mojej rodziny.
mojego ojca powołano do wehrmachtu w 1944 w wieku 16 lat.
walczył froncie zachodnim. trafił do obozu jenieckiego w rimagen.
po powrocie z niewoli został powołany do l.w.p. i skierowany do kopalni węgla kamiennego na 3 lata.
po latach o wojnie mówił niewiele.
trzeba mówić i pisać o pokrętnych losach polaków by prawda nie zagineła.
szacunek dla pana alojzego lysko i autorów filmu
2010-06-17 16:10:30 dr des. Maren Röger
Poszukiwani świadkowie do projektu historycznego o ?okupacyjnych dzieciach?!
W popularnym serialu telewizyjnym ?Dom?, wyświetlanym przez TVP w latach 1980-2000, jednymi z głównych bohaterów byli Lidka Jasińska i jej syn Mietek Pocięgło. Lidka została w czasie Powstania Warszawskiego zgwałcona przez niemieckiego żołnierza, w wyniku czego zaszła w ciążę. Podczas gdy matka - mimo przykrych wspomnień - zaakceptowała i pokochała małego Mietka, jego dziadek nie uznawał chłopca, widząc w nim dziecko wroga, dziecko Niemca.
Badania przeprowadzone w krajach skandynawskich i zachodnioeuropejskich dowiodły w ostatnim okresie, że żyje tysiące takich ?dzieci Wehrmachtu?, które w latach powojennych spotykały się z poniżeniem. Nierzadko ukrywano przed nimi, kim byli ich rodzeni ojcowie, aby je chronić, ale także ze wstydu.
Jaki właściwie los czekał ?dzieci Wehrmachtu? w Polsce? Czy dokuczano im ze względu na ich pochodzenie w domach dziecka, przedszkolach, szkołach, na boisku? Czy i jakimi szyderstwami je obrzucano, jakich przezwisk używano wobec potomków wroga? Czy też pochodzenie tych dzieci nie miało znaczenia? Jak były one traktowane przez swoje matki i otoczenie?
Jeśli mają Państwo jakieś wiadomości na ten temat, jeśli dotyczyło to Was lub kogoś z Waszej rodziny lub kręgu znajomych, prosimy o kontakt. Oczywiście wszelkie informacje potraktowane zostaną poufnie. Proszę zwracać się listownie, mailowo lub telefonicznie do pani Maren Röger, pracownika naukowego Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie.
Kontakt: dr des. Maren Röger, Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie,
Pałac Karnickich, Aleje Ujazdowskie 39, 00-540 Warszawa, tel: +48 (0) 22-5 25 83-24,
roeger(at)dhi.waw.pl
Poszukiwani świadkowie do projektu historycznego o ?okupacyjnych dzieciach?!
W popularnym serialu telewizyjnym ?Dom?, wyświetlanym przez TVP w latach 1980-2000, jednymi z głównych bohaterów byli Lidka Jasińska i jej syn Mietek Pocięgło. Lidka została w czasie Powstania Warszawskiego zgwałcona przez niemieckiego żołnierza, w wyniku czego zaszła w ciążę. Podczas gdy matka - mimo przykrych wspomnień - zaakceptowała i pokochała małego Mietka, jego dziadek nie uznawał chłopca, widząc w nim dziecko wroga, dziecko Niemca.
Badania przeprowadzone w krajach skandynawskich i zachodnioeuropejskich dowiodły w ostatnim okresie, że żyje tysiące takich ?dzieci Wehrmachtu?, które w latach powojennych spotykały się z poniżeniem. Nierzadko ukrywano przed nimi, kim byli ich rodzeni ojcowie, aby je chronić, ale także ze wstydu.
Jaki właściwie los czekał ?dzieci Wehrmachtu? w Polsce? Czy dokuczano im ze względu na ich pochodzenie w domach dziecka, przedszkolach, szkołach, na boisku? Czy i jakimi szyderstwami je obrzucano, jakich przezwisk używano wobec potomków wroga? Czy też pochodzenie tych dzieci nie miało znaczenia? Jak były one traktowane przez swoje matki i otoczenie?
Jeśli mają Państwo jakieś wiadomości na ten temat, jeśli dotyczyło to Was lub kogoś z Waszej rodziny lub kręgu znajomych, prosimy o kontakt. Oczywiście wszelkie informacje potraktowane zostaną poufnie. Proszę zwracać się listownie, mailowo lub telefonicznie do pani Maren Röger, pracownika naukowego Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie.
Kontakt: dr des. Maren Röger, Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie,
Pałac Karnickich, Aleje Ujazdowskie 39, 00-540 Warszawa, tel: +48 (0) 22-5 25 83-24,
roeger(at)dhi.waw.pl
2010-03-31 14:10:40 Aleksandra Klich - Gazeta Wyborc
Został z nich maras
14 stycznia o godz. 18.40 na Discovery Historia: Ojciec Alojzego Lyski był tak samo ofiarą wojny jak ci, którzy ginęli rozstrzeliwani na ulicach i zamęczeni w obozach śmierci. Tyle że on zginął na froncie w niemieckim mundurze. Więc jego śmierć jest gorsza?
Z dzieciństwa Alojzy Lysko zapamiętał babcię, która, siedząc na zydelku, skrobała ziemniaki, a łzy toczyły się jej po pobrużdżonych zmarszczkami policzkach. Płakała za starszym Alojzem, swoim synem. Gdy w 1945-46 mężczyźni zaczęli wracać do domów z sowieckiej niewoli, wysyłała wnuka przed dom: "Idź przed wrota, może wrócił". Ale syn nie wrócił. Wtedy babcia powiedziała chłopcu: "Alojz, ty się musisz dzielić twoim życiem z ojcem. Na pół".
"I od tego czasu moja dusza jest przepołowiona" - mówi Alojzy Lysko, pisarz, nauczyciel, były poseł PiS-u, radny z Bojszów na Górnym Śląsku, w znakomitym filmie dokumentalnym Mariusza Malinowskiego "Dzieci Wehrmachtu" nakręconym według scenariusza Piotra Lipińskiego (jego reportaż o Alojzym Lysce "Zły mundur" ukazał się w "Dużym Formacie").
Kamera towarzyszy Lysce podczas podwójnych poszukiwań: grobu ojca zaginionego na Ukrainie i prawdy o udziale Górnoślązaków w niemieckiej armii. Lysko niestrudzenie krok po kroku tropi zagadkę, a kamera towarzyszy mu wszędzie: podczas rozmów ze starymi Ślązakami, byłymi żołnierzami Wehrmachtu, w niemieckim urzędzie i ukraińskim magistracie, dyskretnie obserwuje wzruszenie, gdy w końcu staje przed białym krzyżem na stepie.
Powstała niezwykle przejmująca, jedyna w swoim rodzaju opowieść o tym, jak jeden człowiek zmaga się z demonami historii. Demonami wyjątkowo okropnymi, które w rękach polityków - jak dowiodła najnowsza historia - często stają się instrumentem ideologicznej walki. Dzięki nim łatwo podzielić Polaków na lepszych i gorszych, bardziej i mniej patriotycznych. Wykluczyć tych, których historia doświadczyła inaczej, niż dopuszcza oficjalna podręcznikowa wersja polskiej martyrologii.
Fakt udziału kilkuset tysięcy (mówi się nawet o pół miliona) Polaków, Ślązaków, Pomorzan, mieszkańców Łodzi w II wojnie światowej po stronie niemieckiej był i jest takim właśnie demonem. Straszył wielokrotnie: tuż po wojnie (w obawie przed Rosjanami matka Lyski schowała zdjęcia męża i dokumenty w słoiku zakopanym w gnoju), w czasach PRL-u (dzieci "tych z Wehrmachtu" były podejrzane narodowo, traktowane jak gorsi Polacy) i sławetnej IV RP, gdy "dziadek z Wehrmachtu" Donalda Tuska stał się biczem politycznym w rękach PiS-u. Nic więc dziwnego, że do dziś to temat tabu, skrywany, wstydliwie przemilczany.
Jak Ślązacy trafiali do Wehrmachtu? Najpierw we wrześniu 1939 roku większość broniła swoich miast w polskim wojsku lub w służbach ochotniczych. Po kilku miesiącach dostawali wezwanie do niemieckiego urzędu, gdzie funkcjonariusz podsuwał im folkslistę (najczęściej III grupę) do podpisania. Prof. Ryszard Kaczmarek, historyk z Uniwersytetu Śląskiego, przypomina w filmie Malinowskiego, że na dawnym Górnym Śląsku na niemiecką listę narodowościową wpisano 90 proc. ludzi - uznanych przez władzę za obywateli niemieckiego państwa, bo urodzili się na terenach należących niecałe 20 lat wcześniej do Niemiec: "W Rzeszy było zupełnie inaczej niż w Generalnej Guberni. Tutaj było się folksdojczem z decyzji niemieckiego urzędnika" - mówi Kaczmarek. W taki sposób "folksdojczami" obok tych, którzy deklarowali niemieckość, zostawali mówiący wyłącznie gwarą Ślązacy i ci, którzy czuli się Polakami: rodziny śląskich powstańców i ludzie, którzy w ogóle nie znali niemieckiego. Podpisywali folkslistę przymuszeni przez urzędnika, sytuację życiową, dla zasiłku, pod groźbą wysłania do obozu koncentracyjnego, ale też dlatego, że m.in. katowicki biskup Stanisław Adamski nawoływał, by ratowali w ten sposób swoje życie.
Mężczyznę z folkslistą czekało już tylko jedno: wezwanie do niemieckiego wojska. Uciekali rzadko. Z trzytysięcznych Bojszów do Wehrmachtu powołano 300 mężczyzn: 299 zmuszono, zaledwie jeden zgłosił się na ochotnika. Pod koniec wojny, gdy Niemcom brakowało żołnierzy, do armii brano jak leci, nawet tych bez folkslisty, synów śląskich powstańców, nastolatków.
- Ojciec pojechał na wojnę, bo bał się o rodzinę. Gdy wrócił na przepustkę, myślał o ucieczce. Ale moja mama wybłagała, żeby wrócił na front. Bała się o dziecko, o mnie - wspomina Lysko. Z Bojszów do obozu koncentracyjnego, dokąd trafiali dezerterzy i ich krewni, jest zaledwie kilka kilometrów. Nawet dzieci wiedziały, skąd bierze się dym nad obozem. 17-letni Szczepan Wesoły, dziś arcybiskup, emerytowany opiekun polskiej emigracji, syn śląskiego powstańca, poszedł na front, bo był przekonany, że Niemcy zemszczą się za jego dezercję na matce i młodszym bracie. Przed podobnym dylematem stał starszy brat Kazimierza Kutza Henryk, również syn powstańca. Z wojny wrócił okaleczony fizycznie i psychicznie.
Żołnierze Wehrmachtu byli bez wyjścia. Cokolwiek by wybrali, wybierali źle. Mogli uciec - skazaliby wtedy na zagładę rodzinę, mogli zaprotestować - skazaliby na śmierć nie tylko rodzinę, ale i siebie. Idąc do wojska, ratowali rodzinę, ale decydowali się na branie udziału w nie swojej wojnie. Ale rzadko kto rozważał różne możliwości: "Służba w Wehrmachcie i volkslista przez autochtonów była traktowana jak dopust boży, a nie etyczny wybór, czy przejaw postawy nacjonalistycznej" - pisała socjolożka Grażyna Kubica-Heller.
W najgorszej sytuacji byli ci, którzy trafili na front wschodni. Oficjalna niemiecka propaganda głosiła, że żołnierze są świetnie wyszkoleni i wyposażeni w najlepszy sprzęt. W rzeczywistości Ślązacy byli najczęściej niemieckim mięsem armatnim w niemieckich oddziałach. Lysko przechowuje listy, jakie ojciec pisał do rodziny. Lekceważony i pogardzany przez niemieckich dowódców, wycieńczony marszami przez stepy, zrozpaczony, że musi brać udział w wojnie, która w żaden sposób nie jest jego wojną, marzy tylko o tym, by przetrwać i wrócić cało do domu: "Ja z tego ich rozkazywania nic sobie nie robia. Udaja, że nie rozumiem. Niech mnie karają. Ja się im do tego wojska nie prosił. Królowo Pokoju módl się za nami, biednymi żołnierzami" - pisze do brata (również zginął na froncie wcielony do niemieckiego wojska).
Byli żołnierze potwierdzają: nie szkolono ich, bo nie mówili po niemiecku. Między sobą porozumiewali się wyłącznie po polsku, w obecności oficerów milczeli. Dowódcy nie ufali im, traktowali jak wrogów, w najlepszym wypadku jak potencjalnych dezerterów, wysyłali na pewną śmierć. - Podczas starcia z rosyjskimi czołgami z 162 chłopów zostało dwóch. Z reszty - maras - opowiada Augustyn Stolarski w filmie Malinowskiego. "Maras" w gwarze śląskiej oznacza brud albo błoto.
Lysko na niemieckim cmentarzu pod Monte Cassino pokazuje grób swojego wuja. - Tu leży, na niemieckim cmentarzu, chociaż był Polakiem. Może strzelał do krewnego, który walczył po polskiej stronie? - zamyśla się. Wuj Lyski nie zdążył uciec z niemieckich oddziałów do alianckich, jak robiły tysiące Ślązaków. Jak udało się arcybiskupowi Szczepanowi Wesołemu, który w Cannes poddał się aliantom i trafił do II Korpusu. Jemu udało się nie wystrzelić ani jednej kuli. Tego szczęścia nie miała większość Polaków w Wehrmachcie. W filmie Malinowskiego przyznają: - Tak strzelaliśmy.
Wyrzuty sumienia? - Gdybym nie strzelił, to przeciwnik byłby szybszy i ja bym zginął.
Ojciec Lyski zginął w mroźny styczniowy dzień pod gąsienicami radzieckiego czołgu na ukraińskim stepie. - Czołg przejechał po jego nogach. Nie wiadomo, jak długo umierał - mówi Lysko. I jest w tych słowach powściągliwość. Nie ma śladu mitologizowania żołnierskiego męstwa, kultu "herosa z Wehrmachtu". Gdy Lysko junior płacze, opierając się o krzyż postawiony przez Ukraińców niemieckim żołnierzom, to widzimy przejmujący obraz rozpaczy syna całe życie tęskniącego za ojcem.
Alojzy Lysko mówi o ojcu głośno, wydał dwie książki o jego losach, opowiedział też o nim i swojej rodzinie na multimedialnej wystawie "Wojenne rozstania" przygotowanej przez Muzeum Historii Polski w warszawskim BUW-ie.
Dla Lyski ojciec to człowiek zagubiony między frontami. Wyrokami fatum urodził się na Górnym Śląsku, między Polską i Niemcami, i trafił między młyńskie koła historii, które zmełły go na miazgę. Był tak samo ofiarą wojny jak ci, którzy ginęli rozstrzeliwani na ulicach i zamęczeni w obozach śmierci. Tyle że on zginął na froncie, w niemieckim mundurze. Więc jego śmierć w ciągle powszechnej polskiej opinii jest gorsza, podejrzana. Jego nazwiska nie ma w spisie polskich ofiar wojny przygotowanym przez Instytut Pamięci Narodowej na stronie Straty.pl. Dla IPN, który pielęgnuje czarno-białą wizję świata, ci, którzy zginęli w "złym mundurze", nie są godni pamięci.
Film Malinowskiego nie tylko przywraca Alojzemu Lysce ojca, ale nam wszystkim pamięć o tych Ślązakach, Pomorzaninach, Wielkopolaninach, którzy zostali zmuszeni do walki w oddziałach Wehrmachtu. Ich tragedia ma podwójny wymiar. Niemcy skazali ich na śmierć na frontach, Polacy - na zapomnienie. Najwyższy czas dojrzeć ich dramat.
Został z nich maras
14 stycznia o godz. 18.40 na Discovery Historia: Ojciec Alojzego Lyski był tak samo ofiarą wojny jak ci, którzy ginęli rozstrzeliwani na ulicach i zamęczeni w obozach śmierci. Tyle że on zginął na froncie w niemieckim mundurze. Więc jego śmierć jest gorsza?
Z dzieciństwa Alojzy Lysko zapamiętał babcię, która, siedząc na zydelku, skrobała ziemniaki, a łzy toczyły się jej po pobrużdżonych zmarszczkami policzkach. Płakała za starszym Alojzem, swoim synem. Gdy w 1945-46 mężczyźni zaczęli wracać do domów z sowieckiej niewoli, wysyłała wnuka przed dom: "Idź przed wrota, może wrócił". Ale syn nie wrócił. Wtedy babcia powiedziała chłopcu: "Alojz, ty się musisz dzielić twoim życiem z ojcem. Na pół".
"I od tego czasu moja dusza jest przepołowiona" - mówi Alojzy Lysko, pisarz, nauczyciel, były poseł PiS-u, radny z Bojszów na Górnym Śląsku, w znakomitym filmie dokumentalnym Mariusza Malinowskiego "Dzieci Wehrmachtu" nakręconym według scenariusza Piotra Lipińskiego (jego reportaż o Alojzym Lysce "Zły mundur" ukazał się w "Dużym Formacie").
Kamera towarzyszy Lysce podczas podwójnych poszukiwań: grobu ojca zaginionego na Ukrainie i prawdy o udziale Górnoślązaków w niemieckiej armii. Lysko niestrudzenie krok po kroku tropi zagadkę, a kamera towarzyszy mu wszędzie: podczas rozmów ze starymi Ślązakami, byłymi żołnierzami Wehrmachtu, w niemieckim urzędzie i ukraińskim magistracie, dyskretnie obserwuje wzruszenie, gdy w końcu staje przed białym krzyżem na stepie.
Powstała niezwykle przejmująca, jedyna w swoim rodzaju opowieść o tym, jak jeden człowiek zmaga się z demonami historii. Demonami wyjątkowo okropnymi, które w rękach polityków - jak dowiodła najnowsza historia - często stają się instrumentem ideologicznej walki. Dzięki nim łatwo podzielić Polaków na lepszych i gorszych, bardziej i mniej patriotycznych. Wykluczyć tych, których historia doświadczyła inaczej, niż dopuszcza oficjalna podręcznikowa wersja polskiej martyrologii.
Fakt udziału kilkuset tysięcy (mówi się nawet o pół miliona) Polaków, Ślązaków, Pomorzan, mieszkańców Łodzi w II wojnie światowej po stronie niemieckiej był i jest takim właśnie demonem. Straszył wielokrotnie: tuż po wojnie (w obawie przed Rosjanami matka Lyski schowała zdjęcia męża i dokumenty w słoiku zakopanym w gnoju), w czasach PRL-u (dzieci "tych z Wehrmachtu" były podejrzane narodowo, traktowane jak gorsi Polacy) i sławetnej IV RP, gdy "dziadek z Wehrmachtu" Donalda Tuska stał się biczem politycznym w rękach PiS-u. Nic więc dziwnego, że do dziś to temat tabu, skrywany, wstydliwie przemilczany.
Jak Ślązacy trafiali do Wehrmachtu? Najpierw we wrześniu 1939 roku większość broniła swoich miast w polskim wojsku lub w służbach ochotniczych. Po kilku miesiącach dostawali wezwanie do niemieckiego urzędu, gdzie funkcjonariusz podsuwał im folkslistę (najczęściej III grupę) do podpisania. Prof. Ryszard Kaczmarek, historyk z Uniwersytetu Śląskiego, przypomina w filmie Malinowskiego, że na dawnym Górnym Śląsku na niemiecką listę narodowościową wpisano 90 proc. ludzi - uznanych przez władzę za obywateli niemieckiego państwa, bo urodzili się na terenach należących niecałe 20 lat wcześniej do Niemiec: "W Rzeszy było zupełnie inaczej niż w Generalnej Guberni. Tutaj było się folksdojczem z decyzji niemieckiego urzędnika" - mówi Kaczmarek. W taki sposób "folksdojczami" obok tych, którzy deklarowali niemieckość, zostawali mówiący wyłącznie gwarą Ślązacy i ci, którzy czuli się Polakami: rodziny śląskich powstańców i ludzie, którzy w ogóle nie znali niemieckiego. Podpisywali folkslistę przymuszeni przez urzędnika, sytuację życiową, dla zasiłku, pod groźbą wysłania do obozu koncentracyjnego, ale też dlatego, że m.in. katowicki biskup Stanisław Adamski nawoływał, by ratowali w ten sposób swoje życie.
Mężczyznę z folkslistą czekało już tylko jedno: wezwanie do niemieckiego wojska. Uciekali rzadko. Z trzytysięcznych Bojszów do Wehrmachtu powołano 300 mężczyzn: 299 zmuszono, zaledwie jeden zgłosił się na ochotnika. Pod koniec wojny, gdy Niemcom brakowało żołnierzy, do armii brano jak leci, nawet tych bez folkslisty, synów śląskich powstańców, nastolatków.
- Ojciec pojechał na wojnę, bo bał się o rodzinę. Gdy wrócił na przepustkę, myślał o ucieczce. Ale moja mama wybłagała, żeby wrócił na front. Bała się o dziecko, o mnie - wspomina Lysko. Z Bojszów do obozu koncentracyjnego, dokąd trafiali dezerterzy i ich krewni, jest zaledwie kilka kilometrów. Nawet dzieci wiedziały, skąd bierze się dym nad obozem. 17-letni Szczepan Wesoły, dziś arcybiskup, emerytowany opiekun polskiej emigracji, syn śląskiego powstańca, poszedł na front, bo był przekonany, że Niemcy zemszczą się za jego dezercję na matce i młodszym bracie. Przed podobnym dylematem stał starszy brat Kazimierza Kutza Henryk, również syn powstańca. Z wojny wrócił okaleczony fizycznie i psychicznie.
Żołnierze Wehrmachtu byli bez wyjścia. Cokolwiek by wybrali, wybierali źle. Mogli uciec - skazaliby wtedy na zagładę rodzinę, mogli zaprotestować - skazaliby na śmierć nie tylko rodzinę, ale i siebie. Idąc do wojska, ratowali rodzinę, ale decydowali się na branie udziału w nie swojej wojnie. Ale rzadko kto rozważał różne możliwości: "Służba w Wehrmachcie i volkslista przez autochtonów była traktowana jak dopust boży, a nie etyczny wybór, czy przejaw postawy nacjonalistycznej" - pisała socjolożka Grażyna Kubica-Heller.
W najgorszej sytuacji byli ci, którzy trafili na front wschodni. Oficjalna niemiecka propaganda głosiła, że żołnierze są świetnie wyszkoleni i wyposażeni w najlepszy sprzęt. W rzeczywistości Ślązacy byli najczęściej niemieckim mięsem armatnim w niemieckich oddziałach. Lysko przechowuje listy, jakie ojciec pisał do rodziny. Lekceważony i pogardzany przez niemieckich dowódców, wycieńczony marszami przez stepy, zrozpaczony, że musi brać udział w wojnie, która w żaden sposób nie jest jego wojną, marzy tylko o tym, by przetrwać i wrócić cało do domu: "Ja z tego ich rozkazywania nic sobie nie robia. Udaja, że nie rozumiem. Niech mnie karają. Ja się im do tego wojska nie prosił. Królowo Pokoju módl się za nami, biednymi żołnierzami" - pisze do brata (również zginął na froncie wcielony do niemieckiego wojska).
Byli żołnierze potwierdzają: nie szkolono ich, bo nie mówili po niemiecku. Między sobą porozumiewali się wyłącznie po polsku, w obecności oficerów milczeli. Dowódcy nie ufali im, traktowali jak wrogów, w najlepszym wypadku jak potencjalnych dezerterów, wysyłali na pewną śmierć. - Podczas starcia z rosyjskimi czołgami z 162 chłopów zostało dwóch. Z reszty - maras - opowiada Augustyn Stolarski w filmie Malinowskiego. "Maras" w gwarze śląskiej oznacza brud albo błoto.
Lysko na niemieckim cmentarzu pod Monte Cassino pokazuje grób swojego wuja. - Tu leży, na niemieckim cmentarzu, chociaż był Polakiem. Może strzelał do krewnego, który walczył po polskiej stronie? - zamyśla się. Wuj Lyski nie zdążył uciec z niemieckich oddziałów do alianckich, jak robiły tysiące Ślązaków. Jak udało się arcybiskupowi Szczepanowi Wesołemu, który w Cannes poddał się aliantom i trafił do II Korpusu. Jemu udało się nie wystrzelić ani jednej kuli. Tego szczęścia nie miała większość Polaków w Wehrmachcie. W filmie Malinowskiego przyznają: - Tak strzelaliśmy.
Wyrzuty sumienia? - Gdybym nie strzelił, to przeciwnik byłby szybszy i ja bym zginął.
Ojciec Lyski zginął w mroźny styczniowy dzień pod gąsienicami radzieckiego czołgu na ukraińskim stepie. - Czołg przejechał po jego nogach. Nie wiadomo, jak długo umierał - mówi Lysko. I jest w tych słowach powściągliwość. Nie ma śladu mitologizowania żołnierskiego męstwa, kultu "herosa z Wehrmachtu". Gdy Lysko junior płacze, opierając się o krzyż postawiony przez Ukraińców niemieckim żołnierzom, to widzimy przejmujący obraz rozpaczy syna całe życie tęskniącego za ojcem.
Alojzy Lysko mówi o ojcu głośno, wydał dwie książki o jego losach, opowiedział też o nim i swojej rodzinie na multimedialnej wystawie "Wojenne rozstania" przygotowanej przez Muzeum Historii Polski w warszawskim BUW-ie.
Dla Lyski ojciec to człowiek zagubiony między frontami. Wyrokami fatum urodził się na Górnym Śląsku, między Polską i Niemcami, i trafił między młyńskie koła historii, które zmełły go na miazgę. Był tak samo ofiarą wojny jak ci, którzy ginęli rozstrzeliwani na ulicach i zamęczeni w obozach śmierci. Tyle że on zginął na froncie, w niemieckim mundurze. Więc jego śmierć w ciągle powszechnej polskiej opinii jest gorsza, podejrzana. Jego nazwiska nie ma w spisie polskich ofiar wojny przygotowanym przez Instytut Pamięci Narodowej na stronie Straty.pl. Dla IPN, który pielęgnuje czarno-białą wizję świata, ci, którzy zginęli w "złym mundurze", nie są godni pamięci.
Film Malinowskiego nie tylko przywraca Alojzemu Lysce ojca, ale nam wszystkim pamięć o tych Ślązakach, Pomorzaninach, Wielkopolaninach, którzy zostali zmuszeni do walki w oddziałach Wehrmachtu. Ich tragedia ma podwójny wymiar. Niemcy skazali ich na śmierć na frontach, Polacy - na zapomnienie. Najwyższy czas dojrzeć ich dramat.
2010-03-15 23:30:15 Adam
TAKIE SĄ LOSY LUDZI POGRANICZA. BARDZO DOBRZE, ŻE POWSTAŁ TAKI FILM!. Mój dziadek (starzik) zajmował zaolzie w 1938, natomiast 1939 roku był ułanem wojny obronnej. NATOMIAST W 1944 ROKU BYŁ W WERMACHCIE. JAK ŻYŁ TO MY SIE TELA NAWSPOMILALI O TEJ WOJNIE KTÓRĄ ZKOŃCZYŁ 30 KWIETNIA 1945. TRZECH JEGO KUZYNÓW ZGINEŁO W LATACH OD 1940 DO 1945 ROKU. jego szfagier walczył od 1941 do 1945 na wschodnim froncie, dwa razy był ranny. pora miesięcy przed jego śmiercią my sie spotkali, dużo mi opowiedzioł. starzikowi szkoda było tych synków którzy zginyli, zawsze godoł że to byli dobrzy chłopcy. prosił boga aby nigdy sie już to nie powtórzyło. gdy żegnoł ten świat to ciotka godała że jeszcze wspominoł te straszne chwile. śląski żołnierz był wierny i odważny, nie tak jak pokazują że myślał tylko o dezercji. cześć mu i chwała.
TAKIE SĄ LOSY LUDZI POGRANICZA. BARDZO DOBRZE, ŻE POWSTAŁ TAKI FILM!. Mój dziadek (starzik) zajmował zaolzie w 1938, natomiast 1939 roku był ułanem wojny obronnej. NATOMIAST W 1944 ROKU BYŁ W WERMACHCIE. JAK ŻYŁ TO MY SIE TELA NAWSPOMILALI O TEJ WOJNIE KTÓRĄ ZKOŃCZYŁ 30 KWIETNIA 1945. TRZECH JEGO KUZYNÓW ZGINEŁO W LATACH OD 1940 DO 1945 ROKU. jego szfagier walczył od 1941 do 1945 na wschodnim froncie, dwa razy był ranny. pora miesięcy przed jego śmiercią my sie spotkali, dużo mi opowiedzioł. starzikowi szkoda było tych synków którzy zginyli, zawsze godoł że to byli dobrzy chłopcy. prosił boga aby nigdy sie już to nie powtórzyło. gdy żegnoł ten świat to ciotka godała że jeszcze wspominoł te straszne chwile. śląski żołnierz był wierny i odważny, nie tak jak pokazują że myślał tylko o dezercji. cześć mu i chwała.
2010-03-10 00:24:30 Grzegorz Tomala
wszyscy moi dziadkowie od strony ojca i matki sluzyli w wehrmachcie i kriegsmarine... jako slonzoki za II RP byli traktowani jako gorsi, za czasow III rzeszy - byli wykorzystywani jako mieso armatnie na frontach... kazdy film ukazujacy cierpienie naszych rodzin jest na wage zlota. kto nie zna swoich korzeni ten nie zasluguje na pamiec. Film ten, jest dla mnie "pomnikiem" zabitego na froncie wschodnim brata mojego dziadka od strony ojca - alojza tomala, ktory pochodzil z bojszow, a zginal w 43 wlasnie na ukrainie, tak samo jak ojciec Pana lysko. na szczescie, bóg chciał, że inni z mojej rodziny w niemieckich mundurach wojnę przeżyli, choć psychicznie byli już do końca życia okaleczeni... mam wielki szacunek dla pana alojzego lysko. za to co robi, za to, co przekazuje innym... kto odrywa się od swoich korzeni, ten będzie zapomniany. szczęść boże.
wszyscy moi dziadkowie od strony ojca i matki sluzyli w wehrmachcie i kriegsmarine... jako slonzoki za II RP byli traktowani jako gorsi, za czasow III rzeszy - byli wykorzystywani jako mieso armatnie na frontach... kazdy film ukazujacy cierpienie naszych rodzin jest na wage zlota. kto nie zna swoich korzeni ten nie zasluguje na pamiec. Film ten, jest dla mnie "pomnikiem" zabitego na froncie wschodnim brata mojego dziadka od strony ojca - alojza tomala, ktory pochodzil z bojszow, a zginal w 43 wlasnie na ukrainie, tak samo jak ojciec Pana lysko. na szczescie, bóg chciał, że inni z mojej rodziny w niemieckich mundurach wojnę przeżyli, choć psychicznie byli już do końca życia okaleczeni... mam wielki szacunek dla pana alojzego lysko. za to co robi, za to, co przekazuje innym... kto odrywa się od swoich korzeni, ten będzie zapomniany. szczęść boże.
2010-01-15 12:51:32 Tomasz
TYPOWO SLASKO HISTORIA ,U MNIE W DOMA PEŁNO TAKICH HISTORII KAJ BRAT STRZeloł do brata. jedyn był oficerym w wermachcie a drugi na landówie z "P" zasuwoł
TYPOWO SLASKO HISTORIA ,U MNIE W DOMA PEŁNO TAKICH HISTORII KAJ BRAT STRZeloł do brata. jedyn był oficerym w wermachcie a drugi na landówie z "P" zasuwoł
2010-01-04 22:01:14 Kazimierz Kutz
Gazeta WYBORCZA KATOWICE 2009-12-15
Genialny skrót śląskich losów XX wieku
Poziom demokracji daje się mierzyć na wiele sposobów, także obszarami białych plam w zbiorowej świadomości. Niestety, historia aliansu Górnego Śląska z Polską od początku XX wieku upstrzona jest białymi plamami. Zwykle idzie o ukrywanie prawdy, a w przypadku Śląska kultywowanie niewiedzy jest dziedziczoną (po Niemcach) i utrwaloną konstrukcją polityczną.
Traktowanie Górnego Śląska jako łupu wojennego wojny siedmioletniej Fryderyka Wielkiego II (1756-1763) stało się metodą rządzenia, a Bismarck podniósł ją do rygoru politycznej germanizacji. Tak utrwaloną formę traktowania Śląska - tylko w modelu odwróconym - przejęło państwo polskie. Status ten obowiązywał od 1922 roku i po 1945 roku. Przed wojną Michał Grażyński nienawidził Wojciecha Korfantego, w ogóle przepełniony był nienawiścią do wszystkiego, co śląskie, dlatego brutalnie realizował politykę separowania od udziału we władzy Ślązaków; polityka ta była rodzimą formą apartheidu w klarownej postaci, osadzonego na podziałach nadgranicznego nacjonalizmu.
Podział Ślązaków na Niemców i Polaków, w zależności od okoliczności, był wymuszany przez oba państwa i stanowił główne narzędzie politycznego władztwa. Nikt nie napisał prawdy o tzw. dwudziestoleciu II RP na Górnym Śląsku i ponownej aneksji Śląska przez III Rzeszę po 1939 roku. Dlatego możliwa stała się brutalna wersja pseudokolonialnego apartheidu w pierwszym roku po wojnie, roku "wyzwolenia", realizowana przez komunistów, która osiągnęła wymiary ludobójstwa. Nikt w Polsce nie uderzył się w piersi z powodu tej sprawy. To typowa biała plama.
Cechą główną apartheidu jest segregacja. W Afryce był to podział na czarnych i białych, na Śląsku na miejscowych i przybyszy. Był to swoisty "rasizm" państw zawłaszczających Śląsk, a regułą rządzenia było niedopuszczanie i odsuwanie miejscowych od władzy i dostępu do edukacji wyższej. I tak jest poniekąd do dziś, ponieważ ustawowe odmawianie Ślązakom ich tożsamości etnicznej i prawa do stanowienia o własnej samorządności jest nadal normą polskiej racji stanu. Ta nierówność utrwalona tradycją i prawem (!) niezgodna jest z konstytucją polską i europejską. I choć mamy pełnomocnika rządu do spraw nierówności, w URM-ie wisi tabliczka na odpowiednich drzwiach, w środku siedzi pani minister Elżbieta Radziszewska (w eleganckich okularach) jak na niebiańskim obłoku, kiwa palcem w butach dobrej jakości, a nierówności w Polsce co niemiara.
Dzieje Górnego Śląska są nadal białą plamą w historii współczesnej Polski. Dlatego każdy, kto opowiada prawdę o losach Ślązaków, przyczynia się do jej pomniejszenia, i godzien jest, aby o nim mówić. Właśnie jest ku temu okazja, bo powstał wybitny film dokumentalny Mariusza Malinowskiego pt. "Dzieci Wehrmachtu". Jest to niezwykły tren o miłości Alojzego Lyski do swojego ojca, którego nigdy nie widział, bo ledwo przyszedł na świat, ojciec poległ w mundurze Wehrmachtu na nizinach Ukrainy. Film jest opowieścią o szukaniu śladów po ojcu i miejsca, w którym zakończył swoje życie.
Alojzy Lysko, wybitny krajan z Bojszów (skąd pochodzi moja babka ze strony matki!), autor kilku ważnych i odważnych książek ("Losy Górnoślązaków przymusowo wcielonych do Wehrmachtu. Komentarze historyczne", "To byli nasi ojcowie: legendy rodzinne z Górnego Śląska o poległych żołnierzach Wehrmachtu"), w filmie Mariusza Malinowskiego sam staje się bohaterem. Jest "dzieckiem Wehrmachtu". To ważne pojęcie, które należy rozpowszechniać. Bo jeśli zważyć, że takich jak on były na Śląsku setki tysięcy, wszak oblicza się, że w trakcie wojny wcielono do armii niemieckiej od 300 tys. do pół miliona mężczyzn ze Śląska, i jeśli połowa miała potomstwo, to dochodzą do nas rozmiary tej gigantycznej białej plamy!
Nikt nie opisywał tragedii tego pokolenia. Poza Alojzym Lysko. Jak marnie wyglądać musiało życie śląskich "dzieci Wehrmachtu" nie trudno się domyślić. Jak wielkie było morze cierpień i poniżeń tego pokolenia, które dziś jest topniejącym gronem emerytowanych niedobitków, wyobrazić sobie nie sposób. Matka Alojzego Lyski jedyne zdjęcie jego ojca w mundurze niemieckim przechowywała w PRL-u w butelce zakopanej w gnoju. Zbliżenie tej butelki, zagnojonej i odpychającej, z ledwo rysującym się konterfektem człowieka w mundurze w środku, jest wstrząsające samo przez się, i zaparło mi oddech; to jeden z tych nielicznych, kilkusekundowych filmowych kadrów, które pamiętać będę zawsze.
Ta butelka wydobyta z bojszowskiego gnoju, z podobizną człowieka przymusowo wcielonego do Wehrmachtu Alojzego Lyski seniora, jest genialnym skrótem śląskich losów XX wieku. Można dziś kombinować propagandowe spoty i paplać, że ze Śląska płynie "żywa energia", Katowice będą "miastem ogrodów", a nawet centrum Kultury Europy, bo dziś można propagować wszystko (jak się ma pieniądze i władzę), więc dobrze byłoby, aby choć raz, z okazji 20-lecia przemiany ustrojowej i odzyskania wolności, rozwiesić, np. z okazji Zaduszek, na całym Śląsku plakaty z ową butelką i podobizną ojca Alojzego Lyski w środku.
Gazeta WYBORCZA KATOWICE 2009-12-15
Genialny skrót śląskich losów XX wieku
Poziom demokracji daje się mierzyć na wiele sposobów, także obszarami białych plam w zbiorowej świadomości. Niestety, historia aliansu Górnego Śląska z Polską od początku XX wieku upstrzona jest białymi plamami. Zwykle idzie o ukrywanie prawdy, a w przypadku Śląska kultywowanie niewiedzy jest dziedziczoną (po Niemcach) i utrwaloną konstrukcją polityczną.
Traktowanie Górnego Śląska jako łupu wojennego wojny siedmioletniej Fryderyka Wielkiego II (1756-1763) stało się metodą rządzenia, a Bismarck podniósł ją do rygoru politycznej germanizacji. Tak utrwaloną formę traktowania Śląska - tylko w modelu odwróconym - przejęło państwo polskie. Status ten obowiązywał od 1922 roku i po 1945 roku. Przed wojną Michał Grażyński nienawidził Wojciecha Korfantego, w ogóle przepełniony był nienawiścią do wszystkiego, co śląskie, dlatego brutalnie realizował politykę separowania od udziału we władzy Ślązaków; polityka ta była rodzimą formą apartheidu w klarownej postaci, osadzonego na podziałach nadgranicznego nacjonalizmu.
Podział Ślązaków na Niemców i Polaków, w zależności od okoliczności, był wymuszany przez oba państwa i stanowił główne narzędzie politycznego władztwa. Nikt nie napisał prawdy o tzw. dwudziestoleciu II RP na Górnym Śląsku i ponownej aneksji Śląska przez III Rzeszę po 1939 roku. Dlatego możliwa stała się brutalna wersja pseudokolonialnego apartheidu w pierwszym roku po wojnie, roku "wyzwolenia", realizowana przez komunistów, która osiągnęła wymiary ludobójstwa. Nikt w Polsce nie uderzył się w piersi z powodu tej sprawy. To typowa biała plama.
Cechą główną apartheidu jest segregacja. W Afryce był to podział na czarnych i białych, na Śląsku na miejscowych i przybyszy. Był to swoisty "rasizm" państw zawłaszczających Śląsk, a regułą rządzenia było niedopuszczanie i odsuwanie miejscowych od władzy i dostępu do edukacji wyższej. I tak jest poniekąd do dziś, ponieważ ustawowe odmawianie Ślązakom ich tożsamości etnicznej i prawa do stanowienia o własnej samorządności jest nadal normą polskiej racji stanu. Ta nierówność utrwalona tradycją i prawem (!) niezgodna jest z konstytucją polską i europejską. I choć mamy pełnomocnika rządu do spraw nierówności, w URM-ie wisi tabliczka na odpowiednich drzwiach, w środku siedzi pani minister Elżbieta Radziszewska (w eleganckich okularach) jak na niebiańskim obłoku, kiwa palcem w butach dobrej jakości, a nierówności w Polsce co niemiara.
Dzieje Górnego Śląska są nadal białą plamą w historii współczesnej Polski. Dlatego każdy, kto opowiada prawdę o losach Ślązaków, przyczynia się do jej pomniejszenia, i godzien jest, aby o nim mówić. Właśnie jest ku temu okazja, bo powstał wybitny film dokumentalny Mariusza Malinowskiego pt. "Dzieci Wehrmachtu". Jest to niezwykły tren o miłości Alojzego Lyski do swojego ojca, którego nigdy nie widział, bo ledwo przyszedł na świat, ojciec poległ w mundurze Wehrmachtu na nizinach Ukrainy. Film jest opowieścią o szukaniu śladów po ojcu i miejsca, w którym zakończył swoje życie.
Alojzy Lysko, wybitny krajan z Bojszów (skąd pochodzi moja babka ze strony matki!), autor kilku ważnych i odważnych książek ("Losy Górnoślązaków przymusowo wcielonych do Wehrmachtu. Komentarze historyczne", "To byli nasi ojcowie: legendy rodzinne z Górnego Śląska o poległych żołnierzach Wehrmachtu"), w filmie Mariusza Malinowskiego sam staje się bohaterem. Jest "dzieckiem Wehrmachtu". To ważne pojęcie, które należy rozpowszechniać. Bo jeśli zważyć, że takich jak on były na Śląsku setki tysięcy, wszak oblicza się, że w trakcie wojny wcielono do armii niemieckiej od 300 tys. do pół miliona mężczyzn ze Śląska, i jeśli połowa miała potomstwo, to dochodzą do nas rozmiary tej gigantycznej białej plamy!
Nikt nie opisywał tragedii tego pokolenia. Poza Alojzym Lysko. Jak marnie wyglądać musiało życie śląskich "dzieci Wehrmachtu" nie trudno się domyślić. Jak wielkie było morze cierpień i poniżeń tego pokolenia, które dziś jest topniejącym gronem emerytowanych niedobitków, wyobrazić sobie nie sposób. Matka Alojzego Lyski jedyne zdjęcie jego ojca w mundurze niemieckim przechowywała w PRL-u w butelce zakopanej w gnoju. Zbliżenie tej butelki, zagnojonej i odpychającej, z ledwo rysującym się konterfektem człowieka w mundurze w środku, jest wstrząsające samo przez się, i zaparło mi oddech; to jeden z tych nielicznych, kilkusekundowych filmowych kadrów, które pamiętać będę zawsze.
Ta butelka wydobyta z bojszowskiego gnoju, z podobizną człowieka przymusowo wcielonego do Wehrmachtu Alojzego Lyski seniora, jest genialnym skrótem śląskich losów XX wieku. Można dziś kombinować propagandowe spoty i paplać, że ze Śląska płynie "żywa energia", Katowice będą "miastem ogrodów", a nawet centrum Kultury Europy, bo dziś można propagować wszystko (jak się ma pieniądze i władzę), więc dobrze byłoby, aby choć raz, z okazji 20-lecia przemiany ustrojowej i odzyskania wolności, rozwiesić, np. z okazji Zaduszek, na całym Śląsku plakaty z ową butelką i podobizną ojca Alojzego Lyski w środku.
2009-11-06 23:35:34 IZA
Poznałam Pana Alojzego Lysko, niesamowity człowiek, Ślązak, pokazujący bogactwo kultury rodzimej ziemii
Poznałam Pana Alojzego Lysko, niesamowity człowiek, Ślązak, pokazujący bogactwo kultury rodzimej ziemii
2009-08-13 17:00:03 Anna Przybysz
Gazeta Wyborcza Wrocław
Pocztówki z przeszłości
NA HORYZONCIE W polskiej kinematografii ostatnimi czasy bardzo popularnym tematem stały się rozrachunki z przeszłością. Szum medialny wokół Instytutu Pamięci Narodowej, teczek oraz Służb Bezpieczeństwa stał się kanwą niejednej filmowej historii.
Mariusz Malinowski prawdopodobnie także posłużył się polityczną aferą, by zrealizować "Dzieci Wehrmachtu". W 2005 r. Jacek Kurski, tzw. spindoktor partii Prawo i Sprawiedliwość, chcąc osłabić poparcie dla Donalda Tuska, politycznego rywala, zasugerował, że dziadek Tuska służył w Wehrmachcie. Informacja o dziadku wywołała gorącą dyskusję w prasie, radiu i telewizji. Spekulacjom nie było końca.
Film Malinowskiego opowiada podobną historię. Reżyser przenosi się z kamerą na Śląsk w poszukiwaniu dzieci, których ojcowie walczyli po stronie okupanta. Pokazuje historię mężczyzny, który szuka śladów ojca - mężczyzny, który został siłą wcielony do Wehrmachtu. Niestety, takie zabiegi były dosyć częstą polityką wojsk niemieckich podczas II wojny światowej.
W całość filmu wplecione zostały fragmenty wypowiedzi historyka, który opowiada, jak bardzo złożony jest poruszany problem. Nadaje to filmowi sznytu autentyczności, zwłaszcza że Alojzy Lysko jest jednym z tytułowych "Dzieci Wehrmachtu". Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez Malinowskiego jest dystans, z jakim opowiada tę historię. Emocje trzymane na wodzy sprawiają, że film nie epatuje ckliwością, nie ma w nim prostych, subiektywnych ocen. Ciekawe, mądre kino.
Gazeta Wyborcza Wrocław
Pocztówki z przeszłości
NA HORYZONCIE W polskiej kinematografii ostatnimi czasy bardzo popularnym tematem stały się rozrachunki z przeszłością. Szum medialny wokół Instytutu Pamięci Narodowej, teczek oraz Służb Bezpieczeństwa stał się kanwą niejednej filmowej historii.
Mariusz Malinowski prawdopodobnie także posłużył się polityczną aferą, by zrealizować "Dzieci Wehrmachtu". W 2005 r. Jacek Kurski, tzw. spindoktor partii Prawo i Sprawiedliwość, chcąc osłabić poparcie dla Donalda Tuska, politycznego rywala, zasugerował, że dziadek Tuska służył w Wehrmachcie. Informacja o dziadku wywołała gorącą dyskusję w prasie, radiu i telewizji. Spekulacjom nie było końca.
Film Malinowskiego opowiada podobną historię. Reżyser przenosi się z kamerą na Śląsk w poszukiwaniu dzieci, których ojcowie walczyli po stronie okupanta. Pokazuje historię mężczyzny, który szuka śladów ojca - mężczyzny, który został siłą wcielony do Wehrmachtu. Niestety, takie zabiegi były dosyć częstą polityką wojsk niemieckich podczas II wojny światowej.
W całość filmu wplecione zostały fragmenty wypowiedzi historyka, który opowiada, jak bardzo złożony jest poruszany problem. Nadaje to filmowi sznytu autentyczności, zwłaszcza że Alojzy Lysko jest jednym z tytułowych "Dzieci Wehrmachtu". Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez Malinowskiego jest dystans, z jakim opowiada tę historię. Emocje trzymane na wodzy sprawiają, że film nie epatuje ckliwością, nie ma w nim prostych, subiektywnych ocen. Ciekawe, mądre kino.